28. edycja Maratonu w Marrakeszu (Marathon International de Marrakech)
odbyła się 29.01.2017 roku. Impreza biegowa objęta patronatem króla Maroka Mohammeda VI     przyciąga biegaczy z całego świata. Magnesem jest szybka trasa biegowa, która wije się wzdłuż dwunastowiecznego muru okalającego miejscową Medynę, mija Ogrody Menara, dalej biegnie pięknymi miejskimi ulicami wysadzanymi drzewami mandarynkowymi i palmowymi, dla których teatralnym wręcz tłem jest pasmo górskie ośnieżonego Atlasu. Malownicza trasa to nie jedyna zaleta tego biegu, drugą jest pogoda – rześkie powietrze o przyjemnej do biegania temperaturze, przy błękitnym, bezchmurnym i słonecznym niebie.

Po udanym starcie w Lizbonie rozglądałem się za maratonem, który wpisywałby się w projekt Korona Maratonów Świata. Maroko z Marrakeszem (Afryka) wydawało mi się najlepszym miejscem zimową porą. Argumentami były stosunkowo niskie koszty wyprawy, przyjazny klimat, temperatury sięgające 20 st. C. Jedyny niepokój wzbudzał u mnie okres przygotowawczy do maratonu, wypadający w sezonie jesienno-zimowym. Niestety, moje niepokoje się potwierdziły. Po trzech lekkich i ciepłych zimach przyszła prawdziwa, z mrozami i śniegiem. Te trudne warunki dość skutecznie okroiły moje treningi. Dodatkowo zapanował czas grypy i infekcji, które także zdziesiątkowały moje przygotowania. Biegacze niestety są zależni nie tylko od pogody, ale od chorób, kontuzji i innych losowych zdarzeń.

Cała logistyczna strona przedsięwzięcia poszła dość sprawnie. Portale internetowe: kiwi.com i booking.com rozwiązały problem ze znalezieniem tanich biletów lotniczych i miejsc hotelowych, dzięki temu zmieściłem się w niewielkim budżecie. Pozostał ostatni etap – etap przygotowań. Jak już wcześniej wspomniałem, czas ten okazał się dla mnie niezwykle trudny. Bardzo zmienna i ciężka z punktu widzenia biegacza pogoda spowodowała, szczególnie w ostatnim miesiącu przygotowań, duże zmiany w moim treningu. Już w okresie świątecznym infekcja skutecznie zastopowała moje plany treningowe, a lekarz zaaplikował mi antybiotyk. Dopiero po Nowym Roku, mogłem, i to w sposób ograniczony, wznowić swoją aktywność biegową na bieżni w siłowni, ponieważ ciągle utrzymywała się u mnie infekcja górnych dróg oddechowych. Następny kryzys przyszedł w połowie stycznia, kiedy infekcja dała o sobie znać ze zdwojoną siłą, a gorączka przerwała mi i tak mocno zredukowany trening biegowy na siłowni. Dopiero na kilka dni przed wyjazdem do Maroka wznowiłem ćwiczenia, ale tylko na bieżni. Moje obawy co do udziału w maratonie się pogłębiły. Ciągle walczyłem z myślami: czy powinienem startować w biegu na tak długim dystansie, nie trenując prawie przez ostatni miesiąc, i kończąc dość mocny antybiotyk tydzień przed startem? Walczyły we mnie rozsądek z ambicją. Wygrała ambicja. Postanowiłem nie zmieniać swoich planów startowych, decydując się na treningowe podejście do tego biegu. W tym wyjeździe towarzyszył mi mój kolega Witek Kozioł, który także mocno zapalił się do naszej wyprawy. Dla niego był to już 21 maraton.

Maroko

Lot samolotem z Modlina przez Paryż do Marrakeszu odbył się punktualnie i bez trudności. W podróży towarzyszyła mi partnerka Renata. Samolot linii Ryanair wylądował punktualnie na nowoczesnym lotnisku Menara-Marrakesz. Architektura i nowoczesność tego portu robią wrażenie – to jeden z największych i najnowocześniejszych w Maroku i w północnej Afryce. Po podróży szybko dostajemy się do odprawy paszportowej, wcześniej wypełniając formularz wjazdowy (do Maroka nie potrzebujemy wiz wjazdowych). Praktycznie bez pytań przechodzimy przez odprawę paszportową, a stemple wjazdowe lądują w naszych paszportach. Nie ma także odprawy celnej. Na moment zatrzymujemy się tylko przy jednym z biur wymiany walut. Walutą obowiązującą w Maroku jest dirham marokański, którego przelicznik  w stosunku do euro wynosi 10 : 1.  Jest już dość późno. Decydujemy się na taksówkę do naszego Riadu, czyli hotelu stworzonego na bazie typowego, marokańskiego domu, który znajduje się na terenie Medyny – starego miasta. Żółte taksówki czekają w niedużej odległości od wyjścia z hali portu lotniczego. Są tutaj i bardzo stare mercedesy, i nowsze pojazdy różnych marek, szczególnie dużo jest rumuńskich dacii. Istnieje cały system przydzielania taksówek turystom, nie wsiada się do pierwszej lepszej. Kilka osób ogląda kartkę z adresem Riadu, dyskutuje, gdzie to jest, przekazując następnym. Po jakimś czasie prowadzą cię do taksówki, za chwilę do następnej. Trochę zamieszania i chaosu. W końcu kierowca pakuje nam walizki do bagażnika samochodu, a ja próbuję negocjować cenę. Taksówkarz chce za przejazd 300 dirhamów. Ustalamy po negocjacjach 200 (normalna cena wynosi 150), ale jest już noc, więc cena jest wyższa. Odległość z lotniska do centrum Marrakeszu nie jest duża, 15-20 minut drogi, odjeżdża stąd także autobus miejski za cztery dirhamy od osoby. Z taksówki oglądamy nocną panoramę miasta, mocno oświetloną lampami ulicznymi i dekoracjami świetlnymi. Kierowca wskazuje pałac królewski i ogrody, które robią na nas duże wrażenie. Przejeżdżamy bramą dwunastowiecznych murów miejskich i jesteśmy już na terenie Medyny. Uliczki Medyny robią się coraz bardziej wąskie, ograniczane zwartą zabudową domów w kolorze czerwonawej gliny. Jest jeszcze sporo ludzi na ulicach, otwarte są niektóre stoiska uliczne i sklepy. W pewnym momencie kierowca taksówki się zatrzymuje i mówi, że dalej już nie pojedzie, i że do Riadu zaprowadzą nas miejscowi.  W chwili zatrzymania się taksówki otoczyła nas grupka młodych ludzi, którzy deklarowali, że nas zaprowadzą do Riad Soaud. Nie mając za bardzo wyjścia ani innego pomysłu, poszliśmy z nimi coraz węższymi i ciemnymi uliczkami. Droga do Riadu ciągnęła się w nieskończoność, potęgowana strachem… skończyła się dobrze. Oczywiście, na koniec tradycyjna negocjacja wysokości bakszyszu za przysługę.

 

 

Ciąg dalszy w nowym wpisie: Maraton w Marrakeszu cz. 2 – start. Zapraszam

 

zdjęcia: Piotr, Renata