35. PZU Maraton Warszawski – mój debiut maratoński                                                               3:31:45 – to mój czas!                                                                                                                            Ja też nie wierzę, że to możliwe…, ale jednak tak! Codziennie patrzę na stoper w zegarku, gdzie utrwalony jest wynik mojego maratońskiego zmagania. Niewiele bowiem wskazywało, że mogę osiągnąć taki rezultat. Samo przebiegnięcie maratonu to sukces, złamanie czterech godzin dla debiutanta jest już wielkim dokonaniem. Ale taki czas?… Co więcej, ostatnie trzy tygodnie przed maratonem walczyłem z bólem kolana i łydki. Początkowo przypuszczałem, że to przeciążenie nogi spowodowane tym, że biegałem już po 30 km, ale to była błędna diagnoza. Odezwał się kręgosłup, który niestety zaniedbałem w ostatnich miesiącach.

DSC_0442Zrezygnowałem w czerwcu z siłowni, gdzie sporo czasu poświęcałem ćwiczeniu mięśni w odcinku lędźwiowym kręgosłupa. Bieganie nie służy kręgosłupowi i się doczekałem… Ucisk na nerw kulszowy spowodował ból kolana, później łydki. Uciążliwość ta wzmagała się, uniemożliwiając mi praktycznie bieganie. Rozpocząłem więc serię zabiegów w gabinecie Konrada Sulika. Celem kuracji było rozluźnienie mięśni łydki oraz odcinka lędźwiowego kręgosłupa. Ultradźwięki, laser, rozluźnianie mięśni prądem, magnetronik, mocny masaż, nawet fala uderzeniowa…uff i tak dziesięć razy, ale efekt został osiągnięty – mogłem biegać… Konrad Sulik, który jest także biegaczem, pomógł. W tym miejscu podziękowania dla niego i jego pracownika Grześka. Powróciła nadzieja, że będę mógł wystartować w maratonie. Zabiegi skończyłem w piątek przed niedzielnymi zawodami. Moje skromne doświadczenie pokazuje, że przy intensywnym bieganiu nie można zaniedbywać ćwiczeń innych partii ciała. Przez ten nieplanowany ból nie zdecydowałem się na start w cyklicznym biegu na 5 km w Gutwinie…, ale przynajmniej mogłem mocno kibicować kolegom z „Biegam, bo lubię”. Sobotę przed maratonem poświęciłem na zupełny relaks, gdyż ostatnie truchtanie na odcinku 3 km zakończyłem w piątek. Relaks i… makaron, który przewijał się zresztą w moim obiadowym menu cały tydzień. Makaron to przecież węglowodany, a te z kolei to podstawowy składnik diety biegaczy. Relaks, czyli wyciągnięte nogi, gazetka, portale biegowe w Internecie oraz intensywne nawadnianie organizmu (myślę, że 2-3 litry wody i innych płynów tego dnia przelało się przez moje ciało). Wymienionym powyżej czynnościom towarzyszyła także próba myślenia o wszystkim innym prócz biegania. Różnie to wychodziło, postanowiłem więc oddać się ostatecznym przygotowaniom. Nie zapomniałem o spakowaniu sprzętu biegowego, staranie dobranego i sprawdzonego. Także tego dnia odkryłem nowy sposób wiązania butów biegowych dla stopy z wysokim podbiciem (sprawdził się!). Wreszcie odebrałem telefon, który z jednej strony mnie uspokoił, ale z drugiej zintensyfikował pracę mózgu i znów ukierunkował na myślenie o zbliżającym się maratonie.

DSC_0288Otóż, kolega biegowy Marek Broda odebrał mój pakiet startowy w Warszawie (biuro zawodów było czynne tylko w piątek i w sobotę), więc stałem się pełnoprawnym uczestnikiem maratonu. Miałem już najważniejszy element zawodnika – numer startowy z chipem. Oprócz numeru, pakiet startowy zawierał koszulkę okolicznościową, czapeczkę, napój izotoniczny oraz informatory i reklamy poświęcone maratonowi i sponsorom. Noc poprzedzającą maraton miałem spokojną, spałem nawet dobrze, ale już około godziny trzeciej sen niestety odszedł i myśli krążyły już tylko wokół biegu. 5 rano, wyjazd do Warszawy. Bałem się nieprzewidzianych sytuacji, głupio tak nie zdążyć na swój debiut. W drodze towarzyszył mi mój przyjaciel Sylwek Wykrota z żoną Edytą. Podróż przebiegła spokojnie, chociaż próba znalezienia wjazdu na parking przy Stadionie Narodowym nie była łatwa (metro w budowie!). Przed stadionem zgromadziły się już tłumy biegaczy i osób towarzyszących. Wśród uczestników tego sportowego święta znaleźli się maratończycy oraz biegacze na 5 km (po maratonie miał ruszyć bieg na 5 km). Jak się później okazało, łącznie wszystkich zawodników było ok. 13 tysięcy plus osoby towarzyszące – ogromna rzesza ludzi. Na sam stadion początkowo miały wstęp tylko osoby z numerami startowymi, dopiero o godz. 9.30 otwarły się jego podwoje dla kibiców, osób towarzyszących biegaczom. Wszystkim udzielał się nastrój wielkiego święta biegaczy, jakim jest maraton.

DSC_0310Szybko namierzyłem Michała Brodę, który przekazał mi pakiet startowy. Miałem już na sobie strój biegowy, do szczęścia brakowało mi tylko numeru startowego. Rzeczami na przebranie po biegu zaopiekowali się moi przyjaciele, więc nie musiałem korzystać z udostępnionej przebieralni i depozytu. Wokół stadionu i przy moście Poniatowskiego wrażenie robiły liczne toalety, których w sumie, jak później przeczytałem, było trzysta. Mimo takiej liczby, bardzo trudno było znaleźć wolną. Przed stadionem udało się nam zrobić kilka zdjęć w gronie kolegów-biegaczy związanych z programem „Biegam, bo lubię”, z Kazikiem Jarosem, który postanowił przebiec maraton dla naszego wsparcia. Oprócz niego byli tutaj: bracia Marek i Marcin Matysiak, Kamil Bernacki, Arek Remiszewski, Michał Broda, Przemek Pronobis. Później okazało się, że z Ostrowca w maratonie i biegu na 5 km uczestniczyło 22 osoby! Duży sukces naszego miasta. Po sesji zdjęciowej zostało dosłownie 10 minut do startu. Rozeszliśmy się na swoje miejsca startowe zgodnie z przyjętą własną strategią biegową. Strefa startowa było uzależniona od zgłoszonego wcześniej personalnego czasu na 10 km i kolejności zgłoszeń. Zawodnicy byli podzieleni także kolorami numerów startowych. Na początku najlepsi biegacze oraz celebryci, później strefa żółta, która ruszała zaraz za zawodowcami, na końcu strefa zielona.

DSC_0335Miejsca w strefach podzielone były przez peacemakerów (osoby wyznaczone przez organizatorów, biegnące na określony czas), których wyróżniały oznaczenia numeru i czasu na koszulkach oraz fruwające nad nimi balony z wymalowanym czasem docelowym. Baloniki bardzo ułatwiały orientację, wskazywały gdzie aktualnie znajduje się nasz peacemaker.
Tego dnia wbrew zapowiedziom było chłodno: 8-9°C, na dodatek pochmurno. Starałem się jak najpóźniej zostawić bluzę, moja rozgrzewka trwała bowiem dosłownie kilka minut. Ustawiłem się za peacemakerem biegnącym na czas 3:40. Przy takiej ilości zawodników było wszędzie bardzo ciasno, dotyczyło to także linii startu. Zbliżała się godz. 9 rano, godzina startu. Nawet nie słyszałem wystrzału, ale tłum biegaczy powoli ruszył do przodu, zwolnił, stanął, znów ruszył. Tempo biegu stawało się coraz szybsze. Niestety, było bardzo ciasno. Od czasu do czasu czuło się szturchnięcia biegaczy przed nami, były także problemy z wyprzedzaniem biegnących, a co jakiś czas trzeba było doścignąć nadającego tempo biegacza. Poza tym wybrany przeze mnie peacemaker biegł dość nierówno, raz szybciej raz wolniej.

DSC_0366Zapewne z tego powodu co ja, musiał ciągle wymijać tych, którzy poruszali się przed nim. Z czasem zrobiło się odrobinę luźniej, po prawej stronie ujrzeliśmy profil Pałacu Kultury i Nauki spowitego jeszcze poranną mgłą. Cała trasa była poprowadzona przez najciekawsze miejsca stolicy: widzieliśmy Stare Miasto, Pałac Prezydencki, Teatr Narodowy, Muzeum Powstania Warszawskiego, Łazienki, Wilanów, Świątynię Opatrzności Bożej, Ursynów i oczywiście Stadion Narodowy. Co jakiś czas mijaliśmy bramki elektronicznego pomiaru czasu i naszej obecności na trasie. Każdy numer startowy był wyposażony w specjalny chip, który zostawiał ślad na elektronicznych bramkach. Przy trasie, praktycznie na całej długości towarzyszył nam tłum kibiców. Ustawionych było także dziesięć punktów muzycznych: od bębniarzy i zespoły muzyczne po orkiestrę dętą. Kibice wyposażeni w transparenty, trąbki, gwizdki, kołatki mocno zagrzewali biegających do walki. Co 5 km ustawione były punkty z wodą, izotonikami, później także bananami. Woda i izotoniki były podawane przez wolontariuszy w papierowych kubeczkach. Do końca nie udało mi się opanować sztuki picia z kubeczka w biegu, a to się zachłysnąłem, a to woda wlała mi się do nosa… Mimo tych utrudnień starałem się na każdym punkcie wypić choć kilka łyków płynu. Później obserwowałem doświadczonych biegaczy, jak oni to robią, muszę się jeszcze wiele nauczyć.

c_187Jak już wspominałem, peacemaker na 3:40 biegł dość nierówno, a to przyspieszał, a to zwalniał. Postanowiłem troszkę przyspieszyć i po kilku kilometrach dotarłem w zasięg biegaczy 3:35. Tutaj było spokojniej, tempo biegu wyrównane, wreszcie biegło mi się dobrze. Kilometrów do mety ubywało, 15 km… ,10 km…, a w mojej głowie od początku biegu krążyły myśli o prawej łydce i kolanie, czy wytrzymają? Kilometry mijały, na szczęście nie odczuwałem żadnego bólu. Wybrałem 3:35 z taka myślą, że dopóki dam radę, będę się trzymał tej grupy, gdy stracę siły może uda mi się jakoś samemu dobiec czy dojść do mety. Po głowie krążył mi czas czterech godzin. Półmetek wypadł przy Świątyni Opatrzności Bożej w Wilanowie, ja miałem dalej siły, wydolność płucną dobrą i niewielkie objawy zmęczenia. Dwa razy przebiegaliśmy przez obszary parkowe: Łazienki i później Ursynów, tam było trochę ciasno, tłoczno. Coraz więcej osób już maszerowało a nie biegło, u zawodników pojawiały się skurcze i drobne kontuzje. Na całej trasie były umiejscowione punkty z pomocą medyczną i karetkami. Sanitariusze na bieżąco pomagali potrzebującym uczestnikom maratonu.

DSC_0412

DSC_0417DSC_0444Zbliżał się już 30 km, ja nigdy wcześniej nie biegałem więcej niż ten dystans. Nie ma też takiej potrzeby, maksymalne wybiegania treningowe to właśnie 28-30 km i to wystarczy, aby przyzwyczaić organizm do długotrwałego wysiłku. Wszystkie poradniki biegacza piszą o tzw. „ścianie”, czyli utracie siły, bólach mięśniowych, skurczach, czarnych myślach w głowie, które dopadają biegaczy po przekroczeniu 30-35 km maratonu. Ja też czekałem na tę moją osobistą „ścianę”. Mijał 30. km, później 31. i tak po kolei. Kilometry wydłużały się coraz bardziej, ale ja cały czas trzymałem się „mojego” peacemakera. Drobny kryzys pojawił się między 36 a 37 km – bolały mnie stopy, pesymizm ogarniał myśli. Kilometry, mimo że cały czas utrzymywałem tempo, wlokły się niemiłosiernie. Wszystko uległo zmianie kiedy zobaczyłem w oddali zarys Stadionu Narodowego. Wstąpiła we mnie dodatkowa energia. Zadbałem o nią, zabierając ze sobą żele energetyczne: pierwszy zjadłem na 20, drugi na 34 km. Mimo że byłem już bardzo zmęczony, przyspieszyłem. Most Poniatowskiego wydał mi się dwa raz dłuższy niż w rzeczywistości, ale z boku usłyszałem głos kibicującego Grześka Bażanta, który gorąco zagrzewał mnie do walki. Znów przyspieszyłem. Stadion Narodowy wyłonił się w całej okazałości. Jeszcze skręt w prawo pod most Poniatowskiego i minąłem ogrodzenia stadionu. Tutaj już sprint. Samo wbiegnięcie na płytę stadionu to wielkie przeżycie. Wokół setki, może tysiące kibiców, mocny doping i oklaski. Udało mi się pokonać kilku biegaczy, zanim przekroczyłem linię mety. W oczach miałem łzy… łzy radości, że udało mi się pokonać dystans maratonu! Spojrzałem na swój stoper. Wynik rewelacyjny, jestem przecież debiutantem, który biega tylko 5 miesięcy… Wpadłem w objęcia moich przyjaciół, którzy pewnie też się mnie nie spodziewali tak wcześnie na mecie. Później medal, woda, posiłek, peleryna chroniąca przed wyziębieniem i długa podróż do przyjaciół na koronę stadionu… Już nic nie było ważne, byłem bardzo zmęczony, ale szczęśliwy.

DSC_0436Pięć miesięcy ostrego treningu, wyrzeczeń, rezygnacji z różnych przyjemności, ale udowodniłem, że 48-latek nawet w ciągu kilku miesięcy może się przygotować do maratonu… Nie polecam aż takiej intensywności, ale ja miałem mało czasu, nim się zdecydowałem. Każda aktywność jest cenna. Mam nadzieję, że moja przygoda z bieganiem dla wielu będzie inspiracją, a moje doświadczenia zapisane w blogu ułatwią Wam stawianie pierwszych kroków w bieganiu. Do zobaczenia na trasach biegowych!

zdjęcia: Sylwek Wykrota, podziękowania dla Justyny Harabin